o._J._Salij_-_Katyn_ks.Peszkowski

  • Drukuj

Jacek Salij OP

Próba zrozumienia obecności ks. Zdzisława Peszkowskiego podczas ekshumacji Grobów Katyńskich

Jasna Góra, 16 marca 2010 – III Międzynarodowa Konferencja „Prawda, Pamięć, Tożsamość Katynia i Golgoty Wschodu”

My, Polacy, mamy – niestety – olbrzymie doświadczenie z ekshumowaniem ciał niewinnie pomordowanych. Zwłaszcza w pierwszych latach po wojnie przeprowadzono na terenie naszego kraju dziesiątki, a zapewne setki ekshumacji ciał osób rozstrzelanych, powieszonych czy w inny sposób zakatowanych.

Podstawowym sensem takiej ekshumacji jest symboliczne przynajmniej oddanie sprawiedliwości tym, którym odebrano nie tylko życie, ale również podeptano ludzką godność, a nawet odmówiono im prawa do pogrzebu oraz do grobu, niejako negując w ten sposób samo ich człowieczeństwo.

Uwieńczeniem ekshumacji ciał niewinnie pomordowanych z zasady było, w naszej katolickiej Polsce, uroczyste odprawienie za nich mszy świętej oraz umieszczenie ich szczątków w grobie. Grób stawał się w ten sposób nie tylko miejscem złożenia ich ciał, ale również nieustannym przypomnieniem znaczenia ich życia i męczeństwa dla nas dzisiaj. Generalnie, ekshumacje niewinnie pomordowanych tworzyły dwa etapy: jej techniczne przeprowadzenie oraz obrzędowe uwieńczenie.

Otóż porządek ten został istotnie przekroczony podczas wydobywania ciał pomordowanych oficerów polskich, którzy byli jeńcami w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Rzecz jasna, mówię o ekshumacjach, jakie w roku 1991 zostały przeprowadzone w Lesie Katyńskim, w Lesie Charkowskim oraz w Miednoje dzięki porozumieniu władz polskich z władzami wtedy jeszcze sowieckimi, a nie o ekshumacji dokonanej przez Niemców w roku 1943 ani o pozorowanej ekshumacji, której patronowała zaraz po wojnie komisja Budrenki, zainteresowana przede wszystkim zatuszowaniem prawdy o dokonanej zbrodni.

Głównym sprawcą tej pozytywnej inności, jaką naznaczone były prace ekshumacyjne we wspomnianych trzech miejscach, był ksiądz prałat Zdzisław Peszkowski. Zamiarem moim jest pokazanie, na czym polegała i czym zaowocowała jego aktywność podczas eksplorowania dołów, do których wrzuceni zostali nasi pomordowani oficerowie. Myślę, że sam opis tej chyba bezprecedensowej aktywnej obecności kapłana podczas prac ekshumacyjnych uprzytomni nam, że taką rolę mógł spełnić tylko kapłan, i to nie każdy kapłan, gdyż w gruncie rzeczy ks. Peszkowski był jedynym kapłanem nadającym się do wypełnienia tej niezwykle ważnej posługi.

Przypomnijmy najważniejsze w perspektywie naszego tematu fakty z biografii Księdza. Był on jednym z nielicznych internowanych w Kozielsku, który uniknął masakry katyńskiej, znalazł się bowiem w ostatnim transporcie jeńców, którzy 12 maja 1940 r. z Kozielska zostali wywiezieni do obozu w Pawliszczew-Borze, a następnie do Griazowca. Po zwolnieniu z obozu Peszkowski – awansowany do stopnia porucznika, a z czasem rotmistrza – znalazł się w armii gen. Andersa, gdzie był dowódcą kompanii w 1 Pułku Ułanów Krechowieckich. Drogę powołania kapłańskiego podjął dopiero po wojnie, święcenia kapłańskie przyjął w Stanach Zjednoczonych w roku 1954.

Nazwisko Zdzisława Peszkowskiego znalazło się na ogłoszonej przez Niemców liście ofiar mordu katyńskiego – zapewne dlatego, że znajdowało się na odkopanym w Katyniu kocu. Koc ten podarował on Juliuszowi Bakoniowi, swojemu przyjacielowi ze szkoły kawalerzystów w Grudziądzu, kiedy go wywożono z Kozielska przy trzaskającym lutowym mrozie[2]

Spróbujmy zinterpretować to świadectwo. Nie ulega wątpliwości, że ks. Peszkowski – świadom tego, albo i nie, tego nie rozstrzygajmy – wykonywał wówczas gesty obrzędowe, charakterystyczne dla czasu między śmiercią i pogrzebem. Okazanie ciału zmarłego szczególnego szacunku, przemawianie do niego, tak jakby śmierć wcale nie przerwała możliwości komunikowania się z nim, obmycie i odświętne ubranie jego ciała, włożenie na jego pierś lub do jego rąk religijnych przedmiotów, np. różańca lub świętego obrazka – to są zwyczajne zachowania przedpogrzebowe. Nie tylko pogrzebu, ale również całej tej posługi przedpogrzebowej pozbawiono tych, którym nie tylko życie odebrano, ale usiłowano podeptać nawet ich człowieczeństwo. Pełne religijnego pietyzmu i modlitwy gesty, jakie Prałat wykonywał na oczach ludzi przeprowadzających ekshumację, stanowiły poniekąd wynagrodzenie tamtej krzywdy. Potwierdzały godność ludzką pomordowanych i obwieszczały poniekąd całemu światu, że na naszej ziemi żaden złoczyńca nie ma władzy pozbawić kogokolwiek ludzkiej godności.

Analogiczną posługę okazania pietyzmu szczątkom pomordowanym oficerom z Ostaszkowa wypełnił ks. Peszkowski przy dolach śmierci w Miednoje, gdzie było najtrudniej, gdyż groby znieważono postawieniem na nich publicznych ustępów. Znów sięgnijmy po autentyczny zapis Księdza Prałata, ten opisujący jego przeżycia z 22 sierpnia 1991 roku: „Uderza mnie zaraz na początku przykry zapach. Podchodzę bliżej do rozkopanego ogromnego dołu. Straszliwa jama pełna błota i jakiejś mazi. Choć przygotowano mnie, że warunki pracy są tutaj fatalne, jednak to, co widzę, przechodzi wszelkie wyobrażenie. Staję jak skamieniały. Czuję, że serce mi się kurczy. Wyciągam stułę, klękam i zaczynam się modlić. To jest powitanie z Wami, moi Bracia z obozu ostaszkowskiego. (...)

Wiem od waszych najbliższych kolegów, którzy ocaleli z obozu w Ostaszkowie, podobnie jak ja ocalałem z Kozielska, że mieliście najcięższą niewolę ze wszystkich. Traktowano Was jak najgorszą <swołocz> - hołotę. (...) Teraz jestem nad waszymi grobami. Pozwólcie mi dotknąć waszych umęczonych czaszek, roztrzaskanych straszliwym strzałem w tył głowy. Jestem kapłanem, więc przychodzę namaścić Was, dotknąć różańcem od Ojca Świętego, ogarnąć modlitwą w czasie każdej Mszy Świętej, którą będę tutaj odprawiał, włączając wasze cierpienie w ofiarę Chrystusa” (s. 52n).

Na teren ekshumacji w Katyniu przyjechał ks. Peszkowski 20 listopada tegoż roku. Z kilku powodów jego tu posługa różniła się od tej, jaką wypełnił w Lesie Charkowskim oraz w Miednoje. Przecież gdyby on został wówczas zamordowany, stałoby się to właśnie w Katyniu – jego koledzy i współwięźniowie z Kozielska zostali zabici i zakopani właśnie tutaj. Ponadto, w Katyniu nie był wtedy Prałat po raz pierwszy – był tu już na Wszystkich Świętych 1988 r. oraz w pięćdziesiątą rocznicę mordu, wiosną 1990 r. Do tego dodajmy, że groby katyńskie, od czasu ich odkrycia przez Niemców w roku 1943, kilkakrotnie były penetrowane, niestety, w złej woli. Prałat podnosi ten temat za pomocą kilku bolesnych pytań: „Jak przebiegała barbarzyńska ekshumacja prowadzona przez Komisję Burdenki? Co on zrobił z kośćmi Polaków? Przerzucił, czy może gdzieś wywiózł? Nawet po śmierci nie dano Wam spokoju. Bali się oprawcy tego grobu” (s. 94).

Toteż odkopanie w Katyniu już pierwszej czaszki było dla Księdza szczególnie przejmujące: „Jest pierwsza czaszka. Podają mi ją do rąk. Przeżycie jeszcze inne niż w Charkowie i w Miednoje, to przecież pierwszy z moich najbliższych Braci, z którymi byłem razem w obozie w Kozielsku… Kim jesteś, Bracie mój?” (s.91).

Ekshumacyjne ora et labora

W relacjach ze wszystkich trzech ekshumacji szczególnie zdumiewa to, że pracom polskich i sowieckich prokuratorów, antropologów oraz innych specjalistów towarzyszyła regularna wspólna i zgodna modlitwa. Zapewne żaden inny ksiądz w ogóle nie byłby dopuszczony do ekipy przeprowadzającej ekshumację, a gdyby nawet, to zapewne traktowany byłby jak intruz. Ksiądz Peszkowski od samego początku cieszył się w tej ekipie statusem szczególnym – jako jedyny w tamtym miejscu i czasie świadek historii, jako ten polski oficer, który tylko tajemniczym zrządzeniem Opatrzności nie został wówczas zamordowany i mógł uczestniczyć w ekshumacji swoich towarzyszy. Szczególność tego świadka historii pogłębiał fakt, że w dziewięć lat po wojnie został on katolickim księdzem.

Ksiądz stał się dla całej tamtej ekipy naturalnym przewodnikiem modlitwy, zaś potrzeba szczególnej modlitwy pojawiła się w ludziach odsłaniających taką zbrodnię spontanicznie i ksiądz właściwie nie musiał do niej zachęcać. Na wspólną modlitwę ekipa ekshumacyjna zazwyczaj zbierała się dwa razy dziennie. Zacznę od końca, od opisu mszy świętej, odprawionej w Katyniu 20 listopada 1991 r., na zakończenie tego dnia pracy, w którym odkopano wspomnianą przed chwilą pierwszą czaszkę:

„Zaczyna się ściemniać. Czas na Mszę Świętą. Żołnierze [sowieccy] na polecenie pułkownika Tretieckiego przynoszą stolik i przygotowujemy ołtarz pod krzyżem. Przychodzą wszyscy biorący udział w ekshumacji. Półkolem otaczają ołtarz – na nim pierwsza wydobyta dzisiaj czaszka. W homilii mówię o godności człowieka. – Ta czaszka to człowiek, który żył, działał, kochał, tęsknił do najbliższych, snuł plany, miał swoje pragnienia, radości i udręki. Czy jednak jego dramatyczna śmierć jest końcem wszystkiego? Czy przestał istnieć? Czy ten zdradziecki strzał w tył głowy, którego ślad tutaj widzimy, unicestwił go absolutnie? Krzyż, pod którym stoimy, daje nam odpowiedź. Zbawiciel zwyciężył śmierć i wyzwolił człowieka do życia wiecznego” (s. 91).

Zaczęło się od bardzo delikatnej inicjatywy Księdza od razu w pierwszym dniu ekshumacji, 25 lipca 1991 r.: „W samo południe proszę o chwilę skupienia i odmawiamy wspólnie Anioł Pański. Do modlitwy wzywa nas głos dzwonu umieszczonego przy krzyżu u wrót do lasu. Od tego dnia obok mnie zawsze będzie stawał do modlitwy prokurator Stefan Śnieżko, później także prokuratorzy Henryk Stawryłło i Zbigniew Mielecki oraz Aleksander Tretiecki i inni przedstawiciele ekipy radzieckiej. Modlitwa Anioł Pański już do końca prac ekshumacyjnych pozostanie niezmiennym punktem programu dnia” (s. 15).

W bardzo podobny sposób ustalił się zwyczaj kończenia codziennej eksploracji msza świętą. Zaczęło się to bardzo zwyczajnie: „ O godzinie 18 płk Tretiecki ogłasza urzędowo, w wojskowym stylu, koniec dnia pracy. Ustaliliśmy, że po zakończeniu pracy odprawię Mszę Świętą przy brzozowym krzyżu. Myślałem, że przyjdzie tylko polski zespół. Z radosnym zdziwieniem widzę, że wokół polowego ołtarza staje wielu członków prokuratorskiej ekipy radzieckiej, a także kilku żołnierzy oraz przedstawiciele Memoriału z Charkowa” (s. 17). Szybko ustalił się zwyczaj, że „teksty liturgiczne po polsku czytał zwykle prokurator Stefan Śnieżko, a po rosyjsku płk Tretiecki” (s. 68).

Fakt, że te dwie bardzo ważne osoby z obu zespołów nie tylko nie unikały codziennej mszy, ale brały w niej aktywny udział, zapewne wpływał na to, że praktycznie niemal wszyscy uczestniczyli w takim właśnie kończeniu codziennych prac. Trudno jednak wątpić, że przede wszystkim ks. Peszkowski był tą dobrą duszą, w taki właśnie sposób jednoczącą pracujących przy tej ekshumacji Polaków i Rosjan w jedną wspólnotę. Składała się na to codzienna bliskość Księdza i jego przyjazność wobec każdego, również wobec prostych żołnierzy, a chyba jeszcze bardziej kozielski epizod jego wojennego losu, jak wreszcie fakt, że ten dawny oficer teraz jest księdzem.

Należy przypuszczać, że właśnie codzienna modlitwa uchroniła tę grupę ekshumacyjną przed dwoma rodzajami niedobrych zachowań, które u ludzi przebywających tak blisko rzeczy przekraczających normalną wyobraźnię byłyby psychologicznie czymś aż nadto zrozumiałym. Jak się wydaje, nie było w tej grupie napięć polsko-rosyjskich, a rosyjscy uczestnicy ekshumacji nie czuli się nawet milcząco ani pośrednio obwiniani o dokonaną tu zbrodnię. Wręcz przeciwnie, polsko-rosyjska zgoda osiągnęła w tej grupie, jak się wydaje, stan bliski ideałowi.

 Nie było też, nawet wśród prostych żołnierzy, prób radzenia sobie ze stresem, jaki miał prawo narastać w wyniku przebywania i pracy w warunkach tak koszmarnych, za pomocą stosunkowo zwyczajnej w tak skrajnych okolicznościach „głupawki”, która potrafi obśmiewać wszystko – i zbrodnię, i ludzkie umieranie, i ludzkie szczątki. Okazało się, że wspólna modlitwa ma również ten walor, że znakomicie oczyszcza z nagromadzonych stresów.

Tylko tytułem przykładu przywołam tu konkretny przypadek – było to  28 sierpnia w Miednoje – włączania pracy w dołach śmierci w wspólną modlitwę: „Dzisiejszej modlitwie Anioł Pański towarzyszy specjalny obrzęd – płk Zdzisław Sawicki przynosi świeczkę wydobytą z dołu  śmierci, stawia ją na skrzyni i zapala. Wszyscy w skupieniu otaczamy to miejsce” (s.69).

Zbrodnia woła o pojednanie

To są w gruncie rzeczy aksjomaty moralne, że pamięć o zbrodni leczy rany przez tę zbrodnię pozostawione, natomiast jej ukrywanie i zakłamywanie nie pozwala się tym ranom zabliźnić. Otóż warto to zauważać, że na grobach pomordowanych naszych oficerów dokonuje się od pewnego czasu dyskretne, ale bardzo realne pojednanie między Rosjanami a Polakami.

Już sam fakt, że kości polskich oficerów nie są jedynymi szczątkami pomordowanych, jakie leżą w lasach koło Charkowa i koło Katynia, mówi za siebie. Od razu pierwszego dnia pobytu w Lesie Charkowskim ktoś z polskiej ekipy pokazał Księdzu czternaście czaszek rosyjskich ofiar sowieckiego terroru. „Kim byli ci ludzie? – pyta sam siebie Peszkowski. – Także te czaszki dotykam z wielką czcią, błogosławię i polecam Miłosierdziu Bożemu” (s. 15).

I jeszcze świadectwo sumaryczne o wielu rozmowach, jakie w tych dniach ekshumacji ks. Peszkowski przeprowadził: „Często zagaduję radzieckich ekspertów, aby nawiązać osobisty kontakt. Staram się przy tym zwrócić ich uwagę na inne aspekty rzeczywistości której dotykamy. Prawie każdego pytam: –Czy w twojej rodzinie zamordowano kogoś w czasach stalinowskich? Czy za kogoś z twoich mam się pomodlić? Najczęściej po takich pytaniach nawiązuje się rozmowa, niekiedy bardzo szczera, o rodzinie i jej losach. Wielu z tych ludzi straciło swoich bliskich w okresie straszliwego, komunistycznego terroru. Już nie boją się o tym mówić” (s. 16). Jeden tylko Bóg wie, ile podobnych pytań, myśli i rozmów rodzi się wśród tych – w dużej części przecież mieszkańców dawnego Związku Radzieckiego – którzy odwiedzają te cmentarze.


[2] Ks. Zdzisław Peszkowski, … i ujrzałem doły śmierci. Charków – Miednoje - Katyń, brak miejsca i roku wydania, s. 14. Wszystkie zakończone podaniem strony cytaty, jakie znajdują się w tym artykule, wyjęte są z tej książki.